Pohl Frederic - Gateway Za B��kitnym Horyzontem Zdarze� - Wan

WAN



     Nie�atwo �y�, kiedy jest si� tak m�odym i tak beznadziejnie samotnym. „Id� do z�otego, Wan, kradnij, co si� da! Ucz si�! Nie b�j si�!" - m�wili mu Zmarli. Ale jak tu si� nie ba�? Ze z�otych korytarzy korzystali g�upi, ale zadziorni Starcy. Mo�na si� tam by�o na nich natkn�� wsz�dzie, a ju� na pewno na kra�cach korytarzy, sk�d g�szcz symboli nieustannie bieg� ku centrum wszystkiego. Zmarli ci�gle go namawiali, �eby si� tam wybra�. Mo�e i powinien, ale co m�g� poradzi� na to, �e si� boi?
    Wan nie mia� poj�cia, co by si� sta�o, gdyby wpad� w r�ce Starc�w. By� mo�e wiedzieli to Zmarli, ale nie m�g� zrozumie� ani s�owa, kiedy ju� na ten temat zaczynali be�kota�. Dawno temu, gdy Wan by� malutki, gdy jeszcze �yli jego rodzice, a by�o to rzeczywi�cie dawno - z�apali jego ojca. Nie wraca� bardzo d�ugo, lecz w ko�cu zjawi� si� w ich roz�wietlonym zielonym �wiat�em domu. Dr�a� na ca�ym ciele i dwuletni Wan widzia�, �e ojciec si� boi, i tak go to przerazi�o, �e zacz�� si� drze� wniebog�osy.
    Ale mimo wszystko musia� i�� do z�otego, bez wzgl�du na to, czy ci ponurzy �aboszcz�kowcy tam s�, czy nie, bo tam w�a�nie znajdowa�y si� ksi��ki. Zmarli byli nawet zno�ni, ale nudziarze, �atwo si� obra�ali i ka�dy z nich mia� jakiego� bzika. Prawdziw� wiedz� m�g� znale�� tylko w ksi��kach i �eby je dosta�, Wan musia� i�� tam, gdzie s�.
    Ksi��ki znajdowa�y si� w korytarzach po�yskuj�cych z�otym �wiat�em. By�y te� i inne korytarze: zielonkawe, czerwonawe czy niebieskie, ale bez ksi��ek. Wan nie lubi� niebieskich, bo wydawa�y mu si� zimne i martwe - tam w�a�nie przebywali Zmarli. W zielonych nie by�o nic. Wi�kszo�� czasu sp�dza� tam, gdzie wzd�u� �cian ci�gn�y si� migocz�ce czerwone paj�czyny �wiate�, a w zbiorniczkach znajdowa�o si� jeszcze jakie� jedzenie. Mia� pewno��, �e nikt go tam nie b�dzie niepokoi�, ale - co za tym idzie - by� sam. Z�ote ci�gle jeszcze eksploatowano, przynosi�y wi�c pewne korzy�ci i dlatego kry�y w sobie niebezpiecze�stwo. Lecz teraz w�a�nie tu dotar�, ze z�o�ci kln�c w duchu, bo utkn��. Niech diabli wezm� tych Zmar�ych! Po co s�ucha� ich pustej gadaniny!
     Skuli� si�, dr��c ca�y w nie os�aniaj�cym go dostatecznie krzaku jag�d, gdy tymczasem dwaj bezrozumni Starcy stali po drugiej stronie, spokojnie obskubuj�c owoce i starannie wsadzaj�c je w swoje �abie g�by - dziwne, �e stali tak bezczynnie! Wan pogardza� Starcami mi�dzy innymi dlatego, �e zawsze co� musieli robi�, zawsze co� tam ustawiali, przenosili i nawijali, jak nakr�ceni. A teraz stoj� sobie tutaj, nic nie robi�c, tak jak Wan.
    Obydwaj mieli zmierzwione brody, ale jeden mia� te� piersi. Wan rozpozna�, �e to samica, kt�r� ju� widzia� kilkakrotnie - to w�a�nie ona najbardziej pracowicie przykleja�a kolorowe kawa�ki papieru czy plastiku na sari, albo na ziemist�, c�tkowan� sk�r�. Nie przypuszcza�, �e go mog� zauwa�y�, ale odczu� ogromn� ulg�, kiedy po chwili odwr�cili si� i odeszli. Nie rozmawiali ze sob�. Wan prawie nigdy nie s�ysza�, �eby ci starzy ponuracy rozmawiali. A kiedy ju� rozmawiali - nie rozumia� ich. Sam w�ada� biegle sze�cioma j�zykami - hiszpa�skim po ojcu, angielskim po matce, niemieckim, rosyjskim, kanto�skim i fi�skim dzi�ki jakim� Zmar�ym. Ale z mowy �aboszcz�kowc�w nie rozumia� ani s�owa.
     Jak tylko odeszli z�otym korytarzem, szybko rzuci� si� po to, po co przyszed�. Chwyci� trzy ksi��ki i ju� go nie by�o. Schroni� si� w czerwonym korytarzu. Starcy mo�e go widzieli, a mo�e i nie, reagowali jednak powoli. Dlatego w�a�nie uda�o mu si� ich unikn�� przez tyle czasu. Sp�dza� kilka dni w korytarzach i znika�. Zanim si� zorientowali, �e si� kr�ci w pobli�u, ju� go nie by�o. Odlatywa� hen, daleko w swoim statku.
     Przeni�s� ksi��ki na statek, na wierzchu koszyka z porcjami �ywno�ci. Akumulatory nap�dowe zd��y�y si� prawie na�adowa�. M�g� odlecie� w ka�dej chwili, ale uwa�a�, �e lepiej je �adowa� przez ca�y czas. Poza tym wydawa�o mu si�, �e nie ma potrzeby si� spieszy�. Prawie ca�� godzin� nape�nia� plastikowe worki wod�, przygotowuj�c si� do nudnej podr�y. Jaka szkoda, �e w statku nie ma �adnych czytaczy! Podr� nie by�aby wtedy taka nudna. A potem, zm�czony t� prac�, postanowi� po�egna� si� ze Zmar�ymi. Mo�e odpowiedz�, cho� niekoniecznie, mo�e im to nawet sprawi przyjemno��. Ale i tak nie by�o nikogo innego, z kim m�g�by porozmawia�.
     Wan mia� pi�tna�cie lat. By� wysoki, umi�niony, z natury bardzo �niady, a na dodatek opalony od lamp w statku, w kt�rym sp�dza� tak wiele czasu. Silny i samowystarczalny. Musia� taki by�. W zbiorniczkach zawsze znajdowa� jedzenie oraz inne rzeczy, kt�re warto by�o zabra�, je�li starcza�o mu na to odwagi. Raz czy dwa w roku, kiedy Zmarli sobie o nim przypomnieli, �apali go swoim mobilem i zabierali do niszy w niebieskim korytarzu, gdzie sp�dza� nudny dzie�, podczas kt�rego poddawali go szczeg�owemu badaniu. Czasami plombowali mu jaki� z�b, przewa�nie robili zastrzyki z witamin i soli mineralnych o d�ugo trwa�ym dzia�aniu. Raz nawet dopasowali mu okulary. Ale si� na nie nie zgodzi�. Kiedy si� za bardzo zaniedbywa�, przypominali mu, �eby czyta� i uczy� si� - od nich i korzystaj�c z wiedzy zawartej w ksi��kach. Ale nie musieli mu tego za bardzo przypomina�. Lubi� si� uczy�. Poza tym, by� zupe�nie samodzielny. Je�li potrzebowa� ubrania, szed� do z�otych korytarzy i zabiera� je Starcom. Kiedy si� nudzi�, wymy�la� sobie co� do roboty. Sp�dza� kilka dni w korytarzach, kilka tygodni w statku, kilka kolejnych dni w innym miejscu, a potem wszystko od nowa. I czas jako� lecia�. Nie mia� �adnego towarzystwa, nikogo, od chwili, kiedy jego rodzice znikn�li, gdy mia� cztery lata i prawie zapomnia�, co to znaczy mie� przyjaciela. Nie przeszkadza�o mu to. Zdawa�o mu si�, �e �yje pe�ni� �ycia, poniewa� nie mia� �adnego por�wnania.
    Czasami my�la� sobie, �e mi�o by�oby gdzie� osi���, ale to by�y tylko marzenia. Nigdy nie powzi�� takiego postanowienia. Przemieszcza� si� tak w t� i z powrotem ju� prawie jedena�cie lat. W tamtym miejscu by�y rzeczy, kt�rych cywilizacja nie mia�a. By� pok�j marze�, gdzie m�g� si� po�o�y�, zamkn�� oczy i zdawa�o mu si�, �e nie jest sam. Ale nie m�g� tam �y�, pomimo tego, �e by�o dosy� jedzenia i nie grozi�o mu �adne niebezpiecze�stwo, dlatego �e z jedynego akumulatora hydraulicznego lecia�a zaledwie stru�ka wody. Cywilizacja mia�a wiele takich rzeczy, kt�rych nie by�o na zewn�trznej plac�wce: Zmar�ych, ksi��ki, mo�liwo�� niepokoj�cych poszukiwa� i ryzykownych wypad�w po ubrania czy b�yskotki, co� si� dzia�o. Ale tam te� nie m�g� �y�, bo pr�dzej czy p�niej �aboszcz�kowcy z pewno�ci� by go z�apali. Dlatego w�a�nie przemieszcza� si� w t� i z powrotem.
    G��wne wej�cie do siedziby Zmar�ych nie otwar�o si�, kiedy Wan nadepn�� peda�. Prawie �e r�bn�� o nie g�ow�. Zatrzyma� si� zdziwiony. Pchn�� drzwi ostro�nie, potem mocniej - by je otworzy� musia� u�y� ca�ej si�y. Nigdy wcze�niej nie musia� ich otwiera� r�cznie, cho� czasami p�ata�y figle i wydawa�y przer�ne d�wi�ki. Zirytowa�o go to. Wan wcze�niej miewa� ju� do czynienia z maszynami, kt�re si� popsu�y, chocia�by z tego powodu nie korzystano ju� z zielonych korytarzy. Ale dotyczy�o to tylko jedzenia i ciep�a, a tego by�o pod dostatkiem w czerwonych korytarzach, czy nawet z�otych. Niepokoi�o go, �e ze Zmar�ymi co� mog�oby by� nie tak, bo gdyby si� popsuli, nie mia�by ju� nikogo.
     A jednak wszystko wygl�da�o normalnie - pomieszczenie z pulpitami by�o jaskrawo o�wietlone, temperatura odpowiednia, za szybkami rozlega�o si� ciche brz�czenie i pojedyncze trzaski Zmar�ych - jakby snuli swoje samotne, ob��kane my�li i robili to, co zwykle, kiedy z nimi nie rozmawia�. Usadowi� si� na krze�le -jak zawsze musia� unie�� ty�ek, �eby si� wpasowa� w �le zaprojektowane siedzenie i naci�gn�� na uszy s�uchawki.
    - Wyruszam na plac�wk� - powiedzia�.
    Nie by�o odpowiedzi. Powt�rzy� to samo we wszystkich znanych sobie j�zykach, ale najwyra�niej �aden z nich nie mia� ochoty na rozmow�. Poczu� si� zawiedziony. Czasami dw�ch albo trzech Zmar�ych pragn�o towarzystwa, niekiedy by�o ich wi�cej. M�g� sobie wtedy uci�� z nimi d�u�sz� mi�� pogaw�dk� i zapomnie� o swojej samotno�ci. Prawie tak, jakby by� cz�onkiem „rodziny" - zna� to s�owo z ksi��ek i opowie�ci Zmar�ych, lecz raczej nie pami�ta� jako czego� rzeczywistego. By�o mu dobrze. Prawie tak dobrze, jak wtedy, kiedy w pokoju sn�w mia� przez chwil� z�udzenie, �e nale�y do setki rodzin, miliona rodzin. T�umy ludzi! Ale nie potrafi� tego znosi� na d�u�sz� met�. Wi�c nigdy nie �a�owa�, kiedy wraca� z plac�wki po wod�, czy w poszukiwaniu bardziej namacalnego towarzystwa Zmar�ych. Mimo to zawsze pragn�� wr�ci� do ciasnej le�anki i aksamitnego, metalicznego koca, kt�ry go okrywa�, i do sn�w.
     Wszystko to czeka�o na niego, ale postanowi� da� Zmar�ym jeszcze jedn� szans�. Nawet je�li nie mieli ochoty na rozmow�, czasami udawa�o mu si� rozbudzi� ich zainteresowanie, gdy zwraca� si� do kt�rego� bezpo�rednio. Zastanowi� si� przez chwil�, a potem wybra� numer 57.
    Doszed� do niego smutny, odleg�y g�os, mamrocz�cy co� do siebie.
    - ... pr�bowa�em powiedzie� mu o utracie masy. Ale on mia� w g�owie tylko dwadzie�cia kilo masy cyck�w i ty�ka! Ach, ta kurwa, Doris! Wystarczy tylko na ni� spojrze� i koniec, ch�opcze, mo�esz zapomnie� o misji i o mnie.
    Marszcz�c brwi, Wan wyci�gn�� palec, �eby wy��czy� 57. Strasznie marudzi�a. Lubi� jej s�ucha�, kiedy gada�a do rzeczy, poniewa� pami�ta�, �e podobnie m�wi�a jego matka. Ale od astrofizyki, podr�y kosmicznych i innych ciekawych temat�w zawsze przechodzi�a prosto do swoich w�asnych problem�w. Maj�c nadziej�, �e powie co� interesuj�cego, splun�� w miejsce na ekranie, za kt�rym, jak mu si� zdawa�o mieszka 57 - sztuczki tej nauczy� si� od Starc�w.
    Ale nie mia�a takiego zamiaru. Numer 57 - kiedy m�wi�a do rzeczy, lubi�a, �eby j� nazywa� Henrietta - gada� dalej o znacznym poczerwienieniu galaktyk i zdradach Arnolda z Doris, czy jak im tam.
    - Mogli�my zosta� bohaterami - poci�gn�a nosem. - I dosta� dziesi�� milion�w, a mo�e nawet wi�cej, kto wie, ile by zap�acili za kurs, a ci tylko uciekali do l�downika... Kto to?
     - To ja, Wan - odpowiedzia� ch�opiec, u�miechaj�c si� zach�caj�co, cho� nie wierzy�, �e mo�e go zobaczy�. Wygl�da�o na to, �e przez moment znowu kontaktuje. Przewa�nie nie wiedzia�a, �e z ni� rozmawia. - Prosz�, m�w dalej.
     Nast�pi�a d�uga chwila milczenia.
    - NGC 1199 - rzek�a po chwili. - Strzelec A Zach�d. Wan grzecznie czeka�.
    - Na niczym mu nie zale�a�o - powiedzia�a po kolejnej d�ugiej chwili milczenia. - Tylko na Doris. By�a o po�ow� od niego m�odsza. Ptasi m�d�ek. Przede wszystkim w og�le nie powinna si� znale�� w za�odze.
    Wan pokiwa� g�ow� dok�adnie jak �aboszcz�kowiec.
    - Przynudzasz - zawyrokowa� ostro i wy��czy� j�. Po chwili zastanowienia wybra� profesora, numer 14.
    - ... chocia� Eliot nadal by� tylko studentem Harvardu, mia� wyobra�ni� dojrza�ego m�czyzny. I by� geniuszem. „By�bym par� strz�piastych szpon�w" - oto samopot�pienie zwyk�ego cz�owieka doprowadzone do symbolicznych granic. Jak widzi samego siebie? Nie tylko jako skorupiaka. Nawet nie skorupiaka, ale sam� jego abstrakcj� - „szpony". I na dodatek - „strz�piaste". W nast�pnym wersie widzimy, �e...
     Wan roz��czy� si� ponownie i splun�� na ekran - na ca�ej �cianie zna� by�o �lady jego niezadowolenia. Lubi�, kiedy docent recytowa� poezj�, ale nie za bardzo, gdy o niej m�wi�. Z tymi najbardziej zwariowanymi Zmar�ymi, jak 14 czy 57, nie mia� �adnego kontaktu. Rzadko kiedy odpowiadali, a ju� prawie nigdy w spos�b rozs�dny, wi�c albo s�ucha� tego, co w�a�nie m�wili, albo musia� ich wy��czy�.
    W zasadzie powinien ju� wyrusza�, ale spr�bowa� raz jeszcze - jedyny trzycyfrowy numer, nale��cy do specjalnego przyjaciela, Ma�ego Jima.
     - Cze��, Wan - g�os by� smutny i s�odki. Zad�wi�cza� w jego g�owie jak nag�y dreszcz strachu, kt�ry odczuwa� w pobli�u Starc�w. - To ty, Wan, prawda?
     - G�upie pytanie, a kt� by inny?
    - Ci�gle nie trac� nadziei. - Nast�pi�a chwila milczenia, a potem Ma�y Jim nagle zachichota�. - Czy opowiada�em ci ten kawa� o ksi�dzu, rabinie i derwiszu, kt�rym zabrak�o jedzenia na planecie z wieprzowiny?
    - Chyba, ale tak czy owak nie mam ochoty na �adne kawa�y.
    Niewidzialny g�o�nik przez chwil� trzeszcza� i brz�cza�.
     - Ci�gle to samo - odezwa� si� Zmar�y po chwili. - Znowu chcesz rozmawia� o seksie?
    - Mo�e by� - ch�opiec stara� si� zachowa� niewzruszony wyraz twarzy, ale odpowiedzi udzieli�o mu znajome mrowienie w dole brzucha.
    - Drogi Wanie, ca�kiem r�czy z ciebie ogier jak na tw�j wiek - o�wiadczy� Zmar�y. - Powiedzie� ci, jak mnie kiedy� prawie zamkn�li za przest�pstwo na tle seksualnym? By�o gor�co jak diabli. Jecha�em p�nym poci�giem do Roselle Park i nagle wesz�a ta dziewczyna. Usiad�a naprzeciwko mnie, podnios�a nogi i zacz�a wachlowa� sp�dnic�. No i co mia�em robi�? Patrzy�em. A ona wachlowa�a si� dalej, a ja si� dalej gapi�em, a� gdzie� ko�o Highlands poskar�y�a si� konduktorowi. Wyrzuci� mnie z poci�gu. Ale nie zgadniesz, co w tym by�o naprawd� �miesznego.
    - Nie - wyszepta� zachwycony Wan.
    - Zabawne jest to, �e si� sp�ni�em na poci�g, kt�rym zwykle je�dzi�em. Musia�em co� zrobi� z czasem, wi�c poszed�em sobie na pornosika. Bo�e! Dwie godziny wszelkich mo�liwych kombinacji, wi�c nie wiem dlaczego przechyla�em si�, �eby gapi� si� na jej bia�e majtki. A czy wiesz, co w tym jest jeszcze bardziej zabawnego?
    - Nie.
    - To, �e mia�a racj�. Gapi�em si� na ni�, to prawda. Widzia�em setki kroczy i cyck�w, ale nie mog�em oderwa� oczu od jej cipy. Ale to jeszcze nie wszystko. Czy chcesz us�ysze�, co w tym by�o naprawd� zabawne?
    - Mowa.
    - No wi�c wysiad�a z poci�gu razem ze mn�. Wyobra� sobie, �e zabra�a mnie ze sob� do domu i robili�my to na okr�g�o przez ca�� noc. Nie wiem nawet, jak mia�a na imi�. No i co ty na to, Wan?
    - Ale czy to prawda?
    - Ojej - odezwa� si� Ma�y Jim po chwili milczenia. - Wszystko zawsze popsujesz.
    - Nie chc� wymy�lonych historyjek - odrzek� surowo Wan. - Chc� pozna� fakty. - By� z�y i zastanawia� si�, czy za kar� nie wy��czy� Zmar�ego, ale kogo by w ten spos�b naprawd� ukara�? - B�d� mi�y - poprosi� przymilnym tonem.
    - No c� - umys� bez cia�a zaklekota� i chwil� pomrucza�, robi�c przegl�d swoich konwersacyjnych wariant�w. - Chcesz wiedzie�, dlaczego kaczory gwa�c� swoje towarzyszki?
     - Nie.
    - A jednak wydaje mi si�, �e chcesz. To naprawd� interesuj�ce. Trudno ci b�dzie zrozumie� zachowanie naczelnych dop�ki nie pojmiesz ca�ej gamy strategii reprodukcji. Nawet tych dziwnych, jak u glist Acanthocephalan. One te� praktykuj� gwa�t. A wiesz, co robi Moniliformis dubius? Nie tylko gwa�ci samic�, ale te� i rywalizuj�cych samc�w. Dzia�a jak gips modelarski. Wi�c druga glista, biedaczka, nie ma szans.
    - Nie chc� tego wszystkiego s�ucha�.
     - Ale to zabawne, Wan. Pewnie w�a�nie dlatego m�wi� na niego „dubius". He, he! - rozleg� si� mechaniczny rechot Zmar�ego.
    - Przesta�! - Ale Wan ju� si� nie z�o�ci�. Po�kn�� haczyk. By� to ulubiony temat Wana, a to, �e Jim tak ch�tnie, obszernie i tre�ciwie o nim m�wi� sprawia�o, �e Wan lubi� go najbardziej spo�r�d wszystkich Zmar�ych. Wan rozwin�� racj� �ywno�ciow�. - Tak naprawd� chcia�bym si� dowiedzie�, jak si� mo�na zorientowa�... - spyta�, zagryzaj�c.
    Gdyby Zmar�y mia� twarz, wida� by by�o, z jakim wysi�kiem powstrzymuje si� od �miechu.
    - W porz�dku, synku - odpar� jednak ze spokojem.
    - Wiem, �e masz ci�gle nadziej�. No wi�c, czy m�wi�em ci, �e masz obserwowa� ich oczy?
    - Tak, m�wi�e�, �e je�li rozszerzaj� si� �renice, to znaczy, �e s� podniecone.
    - Dobrze. A czy wspomina�em o istnieniu dymorfizmu p�ciowego, maj�cego swoje odbicie w strukturach m�zgu?
    - Nie mam poj�cia o czym m�wisz.
    - No c�, ja te� nie. To kwestia anatomii. One s� inne, Wan - na zewn�trz i w �rodku.
    - Prosz� ci�, opowiedz mi o tych r�nicach! - Zmar�y zacz�� opowiada�, a Wan s�ucha� z przej�ciem. Mia� jeszcze dosy� czasu, �eby p�j�� do statku, a Ma�y Jim m�wi� wyj�tkowo logicznie. Ka�dy ze Zmar�ych mia� jaki� ulubiony temat, do kt�rego pr�dzej czy p�niej dochodzi�, jakby zastyg� maj�c w umy�le jedn�, zasadnicz� my�l. Ale nawet kiedy poruszali te ulubione tematy, nie zawsze m�wili do rzeczy. Wan odepchn�� mobil, kt�rym go �apali (kiedy mobil dzia�a�), rozci�gn�� si� na pod�odze, opar� brod� na r�kach, gdy tymczasem Zmar�y opowiada�, wspomina� i wyja�nia� etap zalot�w, upomink�w, jak zrobi� pierwszy krok...
     Fascynuj�ce, cho� s�ysza� to ju� wcze�niej. S�ucha�, a� Zmar�y zwolni� troch�, zawaha� si� i umilk�.
    - Powiedz mi jeszcze jedno - zagadn�� ch�opiec, chc�c potwierdzi� swoj� teori�. - Czytam ksi��k�, w kt�rej kobieta i m�czyzna kopuluj�. Uderzy� j� w g�ow� i kopulowa� z ni�, kiedy by�a nieprzytomna. Wydaje mi si�, �e to skuteczny spos�b „kochania si�". Ale w innych opowiadaniach trwa to znacznie d�u�ej, dlaczego?
     - To nie by�a mi�o��, synu. To w�a�nie to, o czym m�wi�em - gwa�t. U ludzi gwa�t si� nie sprawdza, nawet je�li si� sprawdza u kaczor�w.
    - Dlaczego? - dopytywa� si� Wan.
    - Udowodni� ci to w spos�b matematyczny - Zmar�y odezwa� si� w ko�cu po chwili milczenia. Jako obiekty atrakcyjne seksualnie przyjmijmy samice, m�odsze od ciebie nie wi�cej ni� pi�� lat i starsze nie wi�cej ni� pi�tna�cie. Liczby te s� dopasowane do twojego obecnego wieku jedynie w przybli�eniu. Ponadto, obiekty atrakcyjne seksualnie charakteryzuj� si� w�a�ciwo�ciami wizualnymi, zapachowymi, dotykowymi i smakowymi, pobudzaj�c ci� odpowiednio do swoich jako�ci i proporcjonalnie do prawdopodobie�stwa ich dost�pno�ci. Czy wszystko do tej pory jasne?
     - Niezupe�nie.
    - Nie szkodzi. Na razie wystarczy - powiedzia� po kr�tkiej przerwie. - A teraz uwa�aj. Dzi�ki tym czterem wst�pnie zdefiniowanym cechom, przyci�ga� ci� b�d� pewne samice. A� do momentu kontaktu nie poznasz innych cech, kt�re ci� mog� odstr�cza�, mog� ci zaszkodzi�, czy by� wr�cz odra�aj�ce. Pi�� dwudziestych �smych obiekt�w b�dzie mia�o okres. Trzy osiemdziesi�te si�dme b�dzie mia�o rze��czk�, dwie dziewi��dziesi�te pi�te - syfilis, jedna siedemnasta - nadmierne ow�osienie cia�a, skazy na sk�rze, czy inne deformacje fizyczne. Ponadto, dwie siedemdziesi�te pierwsze zachowaj� si� podczas stosunku agresywnie, jedna szesnasta b�dzie wydziela� nieprzyjemny zapach, trzy si�dme b�d� si� tak mocno opiera�, �e nie osi�gniesz pe�nej satysfakcji. Oto warto�ci subiektywne podliczone zgodnie ze znanym mi twoim portretem psychologicznym. Sumuj�c te u�amki widzimy, �e szans� s� wi�ksze ni� sze�� do jednego, na to, �e gwa�t nie da ci maksymalnej przyjemno�ci.
    - A wi�c nie mog� kopulowa� z kobiet� bez wst�pnych zalot�w?
    - W�a�nie. Nie m�wi�c o tym, �e to niezgodne z prawem.
    Wan milcza� przez chwil� zamy�lony.
    - Czy to wszystko prawda? - pami�ta� jednak, �eby spyta�.
    - Tu ci� mam, ch�opcze? - rozleg� si� chichot. - Prawda! Od pocz�tku do ko�ca.
    Wan dysza� jak �aboszcz�kowiec.
    - To wcale nie by�o takie podniecaj�ce, wr�cz odpychaj�ce.
    - A czego si� spodziewa�e�? - Ma�y Jim nagle spochmurnia�. - Prosi�e� mnie, �ebym niczego nie zmy�la�.
    Dlaczego jeste� taki niemi�y?
    - Wyje�d�am. Mam ma�o czasu.
    - Przecie� nie masz niczego poza czasem - zachichota� Ma�y Jim.
    - A ty nie masz nic ciekawego do powiedzenia - odpar� okrutnie Wan. Wszystkich roz��czy�, z�y ruszy� do statku i nacisn�� przycisk startu. Nie przysz�o mu do g�owy, �e by� niemi�y dla jedynych przyjaci�, jakich mia� we wszech�wiecie. Nigdy mu zreszt� nie przysz�o do g�owy, �e ich uczucia mog� mie� jakiekolwiek znaczenie.



Strona g��wna     Indeks